Wygrali sercem i surową werwą. Kapela Jana Tomasika z nominacją na kultowy festiwal w Kazimierzu Dolnym
Cisza w Sarnakach i ryk trzyrzędówki
Chwila przed uderzeniem w instrument bywa najcięższa. To sekundy, w których powietrze gęstnieje, a czas na moment zwalnia swój bieg. Kiedy Kapela Jana Tomasika wchodziła na estradę Regionalnego Przeglądu „Na dawniejszą nutę” w Sarnakach, nad podlaską ziemią unosił się zapach czerwcowego popołudnia, zmieszany z wyczekiwaniem publiczności i surowym, badawczym spojrzeniem jurorów. Byli tu najdalszymi gośćmi – przybyszami z mazowieckiego, nadwiślańskiego brzegu, z okolic Gąbina, przwożącymi ze sobą dźwięki, których w tych stronach dawno, a może nigdy w tej formie nie słyszano.
Na scenie stanęło trzech ludzi. Trzy różne biografie, połączone jedną pasją. I nagle ciszę rozdarł ryk trzyrzędowej harmonii Jana Tomasika.
To nie było zwykłe granie; to było tąpnięcie. Gąbińsko-sannickie polki i oberki uderzyły w Sarnakach z siłą rzeki, która zerwała tamy. Kiedy do głosu harmonii dołączyły precyzyjne, głębokie skrzypce Marcina de Lehenstein Werndla oraz transowy, archaiczny rytm bębenka ze stalką, na którym wygrywał Mateusz Jan Kobierecki, zgromadzona publiczność zamarła. To była muzyka pełna lokalnej werwy, surowego nastroju i niespotykanego, mazowieckiego serca – granie rwane, skoczne, a jednocześnie podszyte jakąś rzewną, prastarą tęsknotą. Jury, złożone z najwyższej klasy, wymagających ekspertów etnomuzykologii, natychmiast wyczuło, że nie ma tu miejsca na tanią stylizację. To była prawda w stanie czystym.
Muzycy wchodzili na estradę bez pewności wygranej, pragnąc po prostu oddać sprawiedliwość melodiom, które noszą w sercach. Jednak potężny, życzliwy doping podlaskiej publiczności i ciepło, z jakim ich przyjęto, zwiastowały coś wyjątkowego.
Kiedy ogłoszono werdykt, stało się jasne, że ta daleka podróż miała głęboki sens. Pierwsze miejsce. Ale prawdziwy dreszcz przeszedł po plecach muzyków chwilę później, gdy wyczytano treść najważniejszego dokumentu: oficjalnej nominacji do uczestnictwa w kultowym Ogólnopolskim Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. W tym roku ta najważniejsza dla ludowych artystów impreza obchodzi swoją wielką, diamentową, 60. edycję. Dla kapeli, która w obecnym składzie pracuje od niedawna, ta wiadomość była jak grom z jasnego nieba – nagłe, niespodziewane spełnienie marzeń i pieczęć postawiona na godzinach spędzonych na próbach. Droga do Kazimierza została otwarta.
Geografia pamięci: Gąbin, Sanniki i reszta świata
Etnografowie i etnomuzykologowie, którzy w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku przemierzali z ciężkimi magnetofonami mazowieckie bezdroża, musieli w pewnym momencie poczuć to samo, co czuje odkrywca nieznanego lądu. Na styku potężnych, głośnych i kulturowo ekspansywnych regionów – barwnego, dumnego Księstwa Łowickiego z jednej strony, a dostojnych, osadzonych w tradycji Kujaw z drugiej – natrafili na coś osobnego. Na enklawę. Pas ziemi gąbińsko-sannickiej, rozciągający się wzdłuż lewego brzegu Wisły, okazał się osobną planetą na mapie polskiego folkloru.
To tutaj narodził się styl grania, który wymyka się prostym klasyfikacjom. Nie ma tu łowickiej krzykliwości ani kujawskiej, majestatycznej powolności. Jest za to specyficzny, rrwany rytm, lokalna, niemal drapieżna werwa i harmonia, która w gąbińsko-sannickich rękach potrafi płakać i krzyczeć jednocześnie. To muzyka skrajności: w jednej chwili porywa do szaleńczego obereczka, by za moment uderzyć w nutę tak rzewną, że człowiek milknie, zapatrzony w nadrzeczny krajobraz.
Jednak małe ojczyzny mają to do siebie, że najłatwiej padają ofiarą zapomnienia. Przez dziesięciolecia unikalne cechy stylistyczne tego regionu były spychane w cień przez potężniejszych sąsiadów. W globalnym tyglu, w roku 2026, ta muzyczna odrębność potrzebuje własnego, silnego głosu bardziej niż kiedykolwiek. Istnieje bowiem realne ryzyko, że bez ludzi, którzy potrafią te niuanse wygrać na instrumentach, region gąbińsko-sannicki stałby się zaledwie suchą notatką w akademickich podręcznikach.
Kapela Jana Tomasika podejmuje tę rzuconą rękawicę. Pochodzą z gminy Gąbin, z okolic Czermna – miejsca, które w pamięci najstarszych mieszkańców wciąż tętni jako dawne, potężne centrum regionalnego folkloru. Przenosząc te unikalne walory wykonawcze ze starych zapisków i własnych wspomnień na sceny festiwali, potańcówek i koncertów, muzycy robią coś więcej niż tylko odtwarzanie dźwięków. Oni przywracają współczesnemu odbiorcy utraconą tożsamość tego kawałka Mazowsza. Pokazują światu, że między Łowiczem a Kujawami tętni osobne, własne serce, które nie zamierza przestać bić.
Duchy z Czermna i lekcja mistrza Ciastka
Przeszłość nigdy nie jest martwa – jest ukryta w ludziach, w ich gestach, spojrzeniach i pamięci, która odmawia kapitulacji przed czasem. Kiedy patrzy się na Jana Tomasika, lidera kapeli, widzi się człowieka, który stał się żywym pomostem przerzuconym nad przepaścią dekad. W jego palcach, gdy dotykają guzików harmonii trzyrzędowej, nie ma sztucznego odtwarzania nut z papieru. Jest w nich fizyczna, namacalna pamięć o ludziach, którzy przed laty tworzyli potęgę mazowieckiego folkloru. To pamięć o Czermnie – niewielkiej wsi w gminie Gąbin, która przez dekady promieniowała na całą okolicę jako surowe, autentyczne centrum ludowego grania.
To właśnie tam, przez ponad trzydzieści lat, Jan Tomasik współtworzył legendarną już dziś Kapelę z Czermna. Grali we trzech: on na harmonii, Włodzimierz Brzeziński na bębnie i ten najważniejszy, którego cień do dziś unosi się nad gąbińsko-sannickim stylem – Józef Ciastek.
Józef Ciastek nie był po prostu wiejskim muzykantem. Był instytucją, fenomenem i jednym z najbardziej wziętych skrzypków swoich czasów.
W latach 60. i 70. ubiegłego wieku jego surowe, pełne lokalnej pasji i technicznej finezji granie regularnie rejestrowały ekipy Telewizji Polskiej i Polskiego Radia. Za swoje zasługi dla kultury narodowej Ciastek otrzymał to najwyższe, równe Noblowi w świecie tradycji wyróżnienie – Nagrodę im. Oskara Kolberga. Jego unikalny styl, pełen charakterystycznych dla regionu mikroprzesunięć rytmicznych i niepodrabialnego „pazura”, ozdobników, przyniósł Kapeli z Czermna laury m.in. na Festiwalu w Kazimierzu Dolnym w 1995 roku, gdzie zdobyli trzecią nagrodę. Do dziś zresztą nagrania mistrza z Czermna są cytowane i analizowane przez młode pokolenia muzyków w całym kraju.
Dziś, w roku 2026, Józefa Ciastka i Włodzimierza Brzezińskiego nie ma już wśród żywych, ale unikalny duch ich wspólnego grania nie wyparował. Osobiste doświadczenia i pamięć muzyczna Jana Tomasika stanowią dziś bezcenne, unikalne źródło. To on pamięta, jak Ciastek układał frazę, jak akcentował oberki, gdzie łapał oddech między taktami polki. Ta lekcja mistrza, odebrana prosto u źródła przez ponad trzy dekady wspólnego jeżdżenia na wesela, potańcówki i jarmarki, żyje teraz w nowej kapeli. To nie jest rekonstrukcja historyczna – to żywa tradycja, w której dawne nuty z Czermna, dzięki pasji i uporowi Tomasika, znowu brzmią czysto, dumnie i bezkompromisowo.
Trzy instrumenty, trzy pokolenia, jedno serce
Opisując ludzkie zbiorowości, zawsze szuka się w nich wewnętrznego spoiwa – niewidzialnej nici, która łączy skrajności w jedną, spójną całość. W Kapeli Jana Tomasika tą nicią jest rytm, a sam skład zespołu to fascynujący, międzypokoleniowy pakt. Na jednej scenie, ramię w ramię, staje bowiem trzech ludzi, których metryki dzielą dekady, ale łączy ta sama, pierwotna fascynacja surowym dźwiękiem ziemi.
Na czele stoi Jan Tomasik. W jego wieku człowiek ma już w palcach i pamięci setki zagranych wesel, tysiące przegranych godzin i mądrość dawnych mistrzów. Jego instrument – harmonia trzyrzędowa – to potężne, wymagające fizycznej siły i rzemiosła pudło, które w regionie gąbińsko-sannickim dyktowało warunki każdej zabawy. Obok niego staje Marcin de Lehenstein Werndl, reprezentujący pokolenie dojrzałe, które świadomie wybrało tradycję jako swój artystyczny i życiowy azymut. Jego skrzypce muszą podjąć dialog z harmonią, wejść w te same, rwane i nieoczywiste frazy, które przed laty wygrywał Józef Ciastek. Skład zamyka najmłodszy – Mateusz Jan Kobierecki. Chłopak z pokolenia cyfrowego, który zamiast klubowej elektroniki wybrał muzykę ludową, akordeon i archaiczny bębenek ze stalką. To na jego barkach spoczywa odpowiedzialność za transowy, surowy puls kapeli; to on metalicznym brzękiem stalki i uderzeniem skórzanej membrany spaja harmonię i skrzypce w jedno pędzące indywiduum.
Stworzenie jednolitego brzmienia z tak skrajnych żywiołów wymagało jednak czegoś więcej niż tylko talentu. Wymagało determinacji, którą mierzy się w kilometrach. Muzycy, rozsiani po różnych miejscach, musieli pokonywać dalekie, często uciążliwe dystanse, by spotkać się na próbach w gminie Gąbin. Każda taka podróż to czas wyrwany z codziennych obowiązków, praca nad niuansami, uczenie się nawzajem swojego oddechu i reakcji.
Wspólne brzmienie rodziło się w trudzie, na styku doświadczenia starszych i świeżej energii najmłodszego. Choć kapela w tym składzie działa od niedawna, to właśnie ten międzypokoleniowy dialog sprawił, że ich muzyka zyskała unikalną głębię. Nie ma tu dystansu wieku; jest jedno serce, które bije w rytmie starego, mazowieckiego oberka.
Ocalić od zapomnienia w świecie ze szkła i ekranów
Żyjemy w epoce, którą można określić mianem wielkiego szumu. Świat wokół nas stał się gładki, szybki i przezroczysty – uwięziony w taflach smartfonów, zdominowany przez algorytmy i cyfrową unifikację, która bezlitośnie zaciera wszelkie lokalne odrębności. W tym globalnym krajobrazie wszystko wydaje się chwilowe i powtarzalne. I właśnie dlatego, gdy pośrodku tego technologicznego transu nagle odzywa się surowy, rrwany oberek albo rzewny, przeciągły kujawiak, w ludzkich sercach dzieje się coś niepokojącego. Pojawiają się ciarki.
Skąd ten dreszcz? To reakcja obronna naszej tożsamości. Surowe piękno tradycyjnej muzyki gąbińsko-sannickiej nie potrzebuje filtrów ani wzmacniaczy. Posiada ono ciężar właściwy, którego brakuje cyfrowej codzienności – czuć w nim pot, kurz wiejskiej drogi, zapach sponiewieranego przez wiatr drewna i autentyczny, ludzki los. To dźwięki, które nie próbują się nikomu przypodobać; są szczere aż do bólu.
Tradycja nie jest przechowywaniem popiołów, lecz przekazywaniem płomienia.
Doskonale rozumie to lokalna społeczność z okolic Gąbina i Czermna. Dla tych ludzi powrót unikalnych melodii pod szyldem nowej Kapeli Jana Tomasika stał się wydarzeniem niemal intymnym. Na koncertach i potańcówkach starsi mieszkańcy ze wzruszeniem wspominają dawne czasy, odnajdując w dźwiękach trzyrzędówki utracony świat młodości i echo dawnej, legendarnej Kapeli z Czermna. Młodsi z kolei, patrząc na rówieśnika Mateusza bijącego w bęben, ze zdumieniem odkrywają, że ich własne korzenie mają potężną, magnetyczną siłę. Lokalna społeczność kibicuje, wspiera i podziwia, bo widzi w tych trzech muzykach swoich ambasadorów – strażników pamięci, którzy nie pozwolili, by unikalny mikroregion zniknął z kulturowej mapy Polski.
Sukces w Sarnakach i zdobyte I miejsce były tylko przystankiem. Prawdziwa próba ogniowa nadejdzie już wkrótce, podczas jubileuszowego, 60. Ogólnopolskiego Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu Dolnym. Droga, która zaczęła się na mazowieckich próbach i wiodła przez dalekie podlaskie bezdroża, prowadzi teraz prosto na rynek nadwiślańskiego miasteczka – do mekki polskiej muzyki tradycyjnej. Kapela Jana Tomasika jedzie tam nie po to, by gonić za nowoczesnością, lecz by złożyć hołd dawnym mistrzom, z Józefem Ciastkiem na czele. Jadą tam, by w świecie ze szkła i ekranów wykrzyczeć za pomocą skrzypiec, harmonii i bębna, że ich mała ojczyzna wciąż pamięta, kim jest.
Kiedy cichną instrumenty…
Kiedy cichną ostatnie takty oberka, a muzycy pakują instrumenty do futerałów, uświadamiamy sobie, że reportaż nigdy się nie kończy. Droga do Kazimierza Dolnego – na ten wyjątkowy, diamentowy jubileusz polskiej tradycji – dopiero się rozpoczyna, a każdy z nas może stać się częścią tej niezwykłej podróży. Ocalenie od zapomnienia surowego piękna ziemi gąbińsko-sannickiej nie dzieje się bowiem tylko na festiwalowych scenach, ale w każdym kolejnym sercu, które zechce tę opowieść śledzić i nieść dalej w świat.
Przeszłość spotyka się z teraźniejszością również w przestrzeni wirtualnej, gdzie ta prastara nuta zyskuje swoje cyfrowe schronienie. Jeśli chcesz z bliska podglądać przygotowania muzyków, poczuć atmosferę zza kulis prób i wspólnie z lokalną społecznością kibicować im w drodze po kazimierskie laury, dołącz do grona przyjaciół i obserwatorów Kapeli na ich oficjalnym profilu. Bądź częścią tej żywej historii – historia pisze się przecież z każdym kolejnym kliknięciem i każdym kolejnym uderzeniem bębna.
